MAM W SIECI
Popieramy
O ile nie zostało inaczej zaznaczone teksty w serwisie E-lekcje dostępne są na licencjach Creative Commons.
Widziałam już bardzo wiele najróżniejszych gazetek szkolnych i mogłabym się pokusić o posegregowanie ich w trzy grupy. Kryterium byłby... stosunek młodzieży do swego opiekuna.
Wszystkie najlepsze tytuły, nagradzane w konkursach, mają opiekunów, którzy są przez młodzież kochani i stanowią dla niej autorytet. Wyraźnie "odbija się" to w gazetkach. Opiekun taki ("nadredaktor" – jak o swoim mówią dzieci ze "Szkolnego Donosiciela" w Lotyniu) jest – w dobrym znaczeniu tego słowa – kumplem ucznia, pasjonatem, potrafi zarazić własną energią podopiecznych, dla których ma czas i których lubi (sic!). Ma pomysły na zabicie szkolnej nudy, wyjeżdża na redakcyjne wycieczki (np. rowerowe czy na spływy kajakowe), pokazuje świat i uczy redaktorów tłumaczenia go innym. A zatem nie tylko opisywania, ale i interpretowania. Przy okazji pomaga kształtować pióro. Wychowuje przez własny przykład.
Opiekun ten ma także duże poczucie humoru – element niezbędny w kontaktach z młodocianymi. A do tego – tkwi w nim ciągle dziecko. Niezależnie od tego, czy dobiega trzydziestki, czy pięćdziesiątki.
I takich opiekunów wyczuwa się na odległość.
Słyszałam też o takich opiekunach, którym nakazano zająć się gazetkami w szkole. Nie wymaga to chyba komentarza. Efektem jest gazetka. I nic więcej.
Jest jednak jeszcze trzecia grupa opiekunów, którzy stawiają sobie za ambicję zrobienie dobrej gazety. I ci wymuszają na uczniach pisanie artykułów bądź sami piszą. Pamiętam list jednej ze szkolnych redakcji, która prosiła o radę: co ma zrobić, by móc samodzielnie redagować gazetkę, bo pani nie pozwala, tylko sama preparuje teksty, które potem pojawiają się w gazetce.
Lub jeszcze kolejny przykład: opiekunka publicznie wyznaje w gazecie ogólnopolskiej (sic!), że sama redaguje gazetkę, a artykułami są wypracowania, które na uczniach wymusza oceną. Uważa, że nie może oddać gazetki dzieciom do rąk, bo będzie nieestetyczna i pełna błędów.
Zarówno jedni, jak i drudzy nie mogą się spodziewać dobrego poziomu swojego pisemka, bo gazetka jest "pusta". Co z tego, że ma i 20 stron, jeśli brak w niej żywego (młodego) człowieka?
Dobrze jest – jeśli się planuje długotrwały związek z redakcją szkolną – od początku tworzyć elementy charakterystyczne tylko dla niej, które staną się jej tradycją.
Nie wszyscy będą mieli taką możliwość, jaką mnie się udało niegdyś otrzymać – niewielkie pomieszczenie, które nazwaliśmy redakcją i które służyło wyłącznie nam. To tam na ścianach eksponowaliśmy zdjęcia ze wspólnych wyjazdów i spotkań oraz nasze wewnętrzne regulaminy i ustalenia lub hasła, które nam towarzyszyły. Siadywaliśmy przy stolikach nakrytych serwetkami i omawialiśmy kształt naszej gazetki. Żegnaliśmy odchodzących ze szkoły redaktorów tortem i upominkami. Gromadziliśmy archiwum. Zapraszaliśmy gości i urządzaliśmy zajęcia dla najmłodszych.
Każdy redaktor – zgodnie z naszymi regulaminowymi ustaleniami – przechodził trzymiesięczną praktykę. Jeśli nie wywiązywał się z przyjętych zobowiązań – dziękowaliśmy mu za współpracę. Ale jeżeli mu bardzo zależało na tej zabawie – otrzymywał z rąk naczelnego legitymację z pieczątką redakcji (sami sobie wymyśliliśmy) oraz identyfikator i stawał się pełnoprawnym członkiem redakcji. Miał prawo wstępu do pracowni informatycznej i naszego pokoju, wyjeżdżał z nami na wycieczki i uczestniczył w spotkaniach z ciekawymi ludźmi. Co interesujące – z czasem inni zazdrościli mu tej pozycji w szkole, co dodawało mu znaczenia i wzmacniało samoocenę.
Inny przykład budowania tradycji – maskotka. Wyjątkowa, uszyta specjalnie dla tej jednej redakcji. Ubrana w mundurek, jaki noszą wszyscy uczniowie. Redakcja gazetki świętuje rocznicę zaistnienia tej maskotki: redaktorzy spotykają się w szkole wieczorem, który zaczyna się wspólną "urodzinową" biesiadą z tortem upieczonym przez jedną z mam. Potem następuje zaplanowany wcześniej czat z kimś ciekawym, a następnie wszyscy nocują w szkolnej świetlicy. Noc upływa na niezwykłych przeżyciach, bo np. opiekunka namówiła dwóch uczniów, żeby przeobrazili się w duchy, albo też ustaliła z woźnym, że nagle zabraknie prądu. Emocje sięgają zenitu, pachnie adrenaliną, a potem jest jeszcze o czym pisać!
Jeszcze inny przykład. Opiekunka nie ma możliwości spotykania się z uczniami w szkole, zaprasza ich więc do domu, na niebieską kanapę. To tam, przy herbacie, w bardzo skromnych warunkach (ale jak bardzo wszystkich zbliżających) odbywają się kolegia redakcyjne. Trwają czasem do późnego wieczora, bo tak jest przyjemnie.
Kumpel i kumpel – to dwa różne znaczenia słowa. Nas interesuje taki kumpel, którego się szanuje i poważa, a więc partner i przyjaciel. Zatem zachowujemy dystans wobec naszych uczniów, nie przechodzimy z nimi na "ty", nawet jeśli są tylko niewiele od nas młodsi. Nie opowiadamy o sobie, podkreślając naszą wyższość w tym gronie, a raczej pozostajemy w cieniu całej redakcji, dyskretnie nią kierując. Zachowujemy absolutną dyskrecję, jeśli zostaniemy o to poproszeni; nie ma mowy, żebyśmy się tym, co się dzieje w redakcji, dzielili z najlepszą koleżanką – uczniowie wiedzą wszystko i jeśli dotrze do nich, że ich "zdradziliśmy", długo będziemy musieli odbudowywać ich zaufanie.
Najlepiej, oczywiście, jeśli opieka nad redakcją nie będzie wymuszona decyzją dyrektora, ale stanie się naszą pasją. Wówczas nie zabraknie nam pomysłów. Ale to nie wszystko. Jeżeli nasze podejście do tej funkcji będzie uczciwe i prawdziwe, rozbudzimy zainteresowanie w uczniach. Pokażemy im, że życie szkolne nie musi być monotonne, że każdy ma do spełnienia jakieś przesłanie, że nawet najmniejszy z nas może mieć wpływ na wielkie rzeczy.
Nie możemy przy tym zapominać o pochwałach. Jeśli ktoś zrobił coś dobrze – musimy to zaakcentować. I to najlepiej we właściwy tylko sobie sposób.
Nie ma lepszych okazji do wychowywania niż praca w redakcji szkolnej. Mamy bliski kontakt z dość niewielką grupą uczniów i spory na nich wpływ, bo łączy nas realizacja tych samych celów. Często się spotykamy, bierzemy udział w różnych wydarzeniach, wciąż jesteśmy blisko siebie.
Pierwsza zasada – najlepiej wychowuje się, dając dobry przykład. Oczywiście, planując wizyty u np. prezydenta miasta czy dyrektora filharmonii, uczymy, jak się trzeba zachować, jak ubrać. A że możemy wykorzystać wiele możliwości – uczniowie otrzymują praktyczny savoir-vivre. Tu kolejna ciekawostka: nasz prezydent, kontaktując się z redaktorami gazetki, poczuł dyskomfort; zażartował, że trzeba się mieć na baczności w rozmowach z prasą, bo ta może go potem obsmarować. Odpowiadał na pytania młodych redaktorów z głębokim i nieudawanym szacunkiem.
Inną sprawą jest wychowawcza rola gazetki. Opiekun powinien mieć świadomość, że tworząc szkolne pisemko ma wpływ na dużą część społeczności szkolnej. Oczywiście, nikt zapewne nie zmierzył tego wpływu, ale wystarczy po latach spotkać się z byłymi uczniami, by usłyszeć, że kiedyś w gazetce powstał taki czy inny tekst, który odegrał ogromną rolę w jego życie czy postępowaniu.
Poza tym praca opiekuna redakcji szkolnej polega na ciągłym, nieustannym wzbudzaniu w uczniach entuzjazmu do działania, wciąż im trzeba proponować coś nowego, kontrolować, czy wykonali to dobrze, znów wymyślać itd. Jest to ogromnie twórcza, ale bardzo męcząca praca, wymagająca dużego wysiłku.
Pracując jeszcze w szkole podstawowej nie radziłam sobie z niektórymi uczniami i wpadłam na pomysł, by pokazywać ich w gazetce. Jednak nie chodzi tu o typowy portret ucznia czy komentarz do jego zachowania. Ja to robiłam, pisząc takie rymowanki:
* * * (z Brzechwy)
Chcecie bajki? To nie bajka
i to nie jest Pchła Szachrajka,
lecz najmniejsza, ot, niewielka
z VI b Kornelka.
Czemuż Pchła więc? Cóż po prostu
niska jest, małego wzrostu,
a do tego – rzecz to znana –
niesłychanie rozgadana,
roześmiana, rozbiegana...
i to od samego rana.
Gdy na miejscu nie usiedzi,
to się nauczyciel biedzi,
jakie podjąć przedsięwzięcie,
by zapewnić jej zajęcie.
Jednej Pchła pchlej cechy nie ma
(chociaż inne ma – jak mniemam).
Jej broń to słów ostrych kilka,
kłuje nimi niczym szpilka.
Ale to niegroźne zwierzę
dobre jest – w to mocno wierzę,
sympatyczne też (gdy zaśnie),
toteż wierszyk o niej właśnie.
Nigdy nie uwierzyłabym, gdyby mi ktoś o tym wcześniej powiedział, jaki wpływ na zachowanie dziecka ma taki sposób zwracania mu uwagi. Dziewczynka się wyciszyła i problem przestał istnieć. Pisałam więc następne wierszyki i podpisywałam je pseudonimem. Tylko moi redaktorzy wiedzieli, kto się pod nim kryje, ale solidarnie trzymali język za zębami. A jak z tej wspólnej tajemnicy byli dumni!
Uczenie redaktorów gazetki musi się odbywać na innych zasadach niż bywa to na lekcji. Tu robimy to bardziej atrakcyjnie, tak aby wyraźnie zaznaczyć różnicę pomiędzy obowiązkową lekcją i dobrowolnym uczestnictwem w pracy nad gazetką. No, chyba że organizujemy warsztaty – wówczas dobrze jest zaprosić kogoś doświadczonego, kto w praktyczny sposób przekaże niezbędną wiedzę, np. na temat gatunków dziennikarskich (patrz: propozycje Fundacji Nowe Media).
Łatwiej jest też przekonać młodych ludzi do samodzielnego poszukiwania potrzebnych treści. A potem uczymy, jak z nagromadzonego materiału korzystać, pytamy, co na ten temat myślą uczniowie, przekonujemy, że nie wszystko warte jest pokazania innym czy omówienia. Przypominamy o takim zjawisku, jak plagiat. Wertujemy prawo autorskie i prasowe, by się przekonać, co można i jak zrobić z cudzym tekstem. Poszukujemy stron internetowych traktujących o dziennikarstwie, korzystamy ze słownika itd.
Każdy nauczyciel powinien być konsekwentny i wymagający. Opiekun redakcji także. Można się na początku umówić z młodzieżą co do pewnych zasad panujących w zespole, ale potem trzeba je respektować. Inaczej nam się wszystko rozsypie. Wiadomo przecież, że młodzież szuka dziur w naszej konsekwencji i umiejętnie z nich korzysta. Nie możemy na to pozwolić. Ale za to, kiedy po jakimś czasie zauważymy, że już nie potrzeba naszego pilnowania, kiedy wszystko układa się według wcześniejszych ustaleń, będzie nam i łatwiej, i przyjemniej.
Dyscyplina jest niezbędna – młodzież najlepiej i najbezpieczniej czuje się wtedy, gdy ma określone granice.
Wielu z nas nawet sobie nie wyobraża, jak świetnymi obserwatorami i redaktorami mogą być uczniowie (i to wszystkich typów szkół!); jakie mądre i dojrzałe potrafią stawiać pytania i słuszne wyciągać wnioski; jacy potrafią być dowcipni i krytyczni. Warto ich słyszeć i dostrzegać. Warto ich obdarzyć zaufaniem i samodzielnością, bo mają poczucie odpowiedzialności. Często widzą to, co nam umyka z pola widzenia (Jan Kropiwnicki).
Gazetka powinna być dziełem uczniów. I może nam się nie podobać układ stron, sposób rozmieszczania rysunków, możemy się boczyć na podjęte tematy – nie wolno nam odbierać redaktorom radości tworzenia czegoś własnego.
Zawsze możemy dyskutować i negocjować własne propozycje. Jeśli młodzież przekonamy do ich słuszności, nie będzie problemu. Ale nie powinniśmy się upierać przy czymś, co spowoduje niezadowolenie drugiej strony. Skończy się to tak, jak pokazywałam wyżej – młodzież się zbuntuje i ucieknie.
Jestem dziś opiekunką gazetki gimnazjalnej i licealnej. Młodzież jest tak wyedukowana, że znakomicie sobie radzi ze składaniem gazetki w jakimkolwiek programie. Jeśli do tego naczelny potrafi pokierować zespołem (a i w gimnazjum, i w liceum jest to możliwe), dostaję gotowy "produkt" i tylko mogę zaakceptować uczniowskie dzieło. Na szczęście młodzież już wie, że, pisząc artykuły, musi pamiętać o podstawowych zasadach: nie wolno w artykułach nikogo obrażać, trzeba pisać prawdę i pozwolić się wypowiedzieć obu stronom.
Daje to opiekunowi poczucie dobrze spełnionego obowiązku.
Dlaczego upieram się przy takim stwierdzeniu i co oznacza "bycie dzieckiem"? Dziecko jest otwarte na nowości, nie boi się wyzwań, wciąż jest ciekawe świata i idealizuje rzeczywistość. A przy tym śmieje się do ludzi. Tych cech nam potrzeba. I chyba zdajemy sobie z tego sprawę, będąc nauczycielem. Bo przecież gdyby nie ten idealizm, nie wierzylibyśmy, że możemy kogoś czegoś nauczyć.
Tak więc, stać nas na szalone pomysły (oczywiście z zapewnieniem uczniom bezpieczeństwa) – np. spędzenie nocy w szkole czy spływ kajakowy, wycieczkę rowerową w poszukiwaniu skarbów kultury w najbliższej okolicy. Zabawę z naszymi redaktorami w geocaching i wykorzystanie jako tematu do ciekawego artykułu, a równocześnie jako propozycji na spędzanie wolnego czasu itd.
Ja zaczęłam się bawić w redakcję szkolną, kiedy spowszedniały mi codzienne lekcje. I przez długie lata traktowałam to jako zabawę właśnie, co uprzyjemniało czas spędzony w szkole. A że doskonale bawiły się i dzieci, powstało coś naprawdę fajnego, naszego, co przynosiło nam satysfakcję i radość. I co w rzeczywistości wcale takie śmieszne nie było.
Nie znuży ci się praca w szkole.
Twoi uczniowie wyrosną na mądrych ludzi (co napawać cię będzie dumą i poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku).
Będą żyć z pasją, zatem nie strwonią życia na poszukiwaniu kolejnych podniet.
Poczują się ważni i docenieni.
Będą mieli satysfakcję z tworzenia czegoś wartościowego.
Będą umieli stawiać sobie cele i cierpliwie do nich dążyć.
Posiądą wiele umiejętności, które przydadzą się w dorosłym życiu.
Staną mocno na nogach i będą sobie radzić w różnych sytuacjach.
Nie stracą wiary w człowieka.
I nie zapomną o tym, że obok nich żyją inni.
nauczycielka języka polskiego w Zespole Szkół nr 2 w Wałbrzychu, wieloletnia opiekunka gazetek szkolnych, pomysłodawczyni i organizatorka "Forum Pismaków" - ogólnopolskiego konkursu gazetek szkolnych, członkini Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, przez 8 lat pracowała jako dziennikarka.
