Medialna wojna domowa

"Jak skomentować takie chamstwo i buractwo? Zamiast fechtunku słownego należałoby chyba – w imieniu wszystkich przyzwoitych ludzi dowolnej orientacji – wyzwać redaktora X na pojedynek". To tylko pierwszy z brzegu przykład typowej dziennikarskiej polemiki. Miarą zawodowego sukcesu stała się w mediach umiejętność znalezienia w gronie konkurentów wroga i dokopanie mu.

Mówi się czasem o szlachetnej albo niezdrowej rywalizacji. Żadne z tych określeń nie jest jednak właściwe w odniesieniu do polskiego dziennikarstwa. To, co się w nim obecnie dzieje trzeba by raczej nazwać wojną totalną.

Debata czy jatka?

"Odnoszę wrażenie, że często polscy publicyści oczekują od swoich kolegów jednomyślności. Każdy, kto myśli inaczej, staje się wrogiem, którego trzeba ośmieszyć i wyeliminować. Zamiast debaty mamy jatkę" – stwierdza w miesięczniku "Press" David McQuaid, szef warszawskiego biura agencji Dow Jones Newswires. "Prawie codziennie pół kolumny poświęca się walce z inną gazetą. Walka między mediami prowadzi do podawania tych samych informacji w inny sposób, to znaczy do obniżania ich jakości" – ocenia Thomas Urban, korespondent niemieckiego dziennika "Suddeutsche Zeitung".

Co na to nasi dziennikarze? "Ja też mam poczucie, że od pewnego czasu przechodzimy poważny kryzys jakości polskich mediów. Ale nie jest to kryzys związany z upolitycznieniem, czy podziałem środowiska dziennikarskiego. To, że taki podział jest, nie jest niczym dramatycznym. To, że od pewnego czasu toczy się rzeczywista, a nie udawana debata, świadczy o normalnieniu sytuacji. To, że poglądy głoszone przez moich kolegów z gazety, nie są już traktowane jak marginesowe oszołomstwo, a jeden z ważnych głosów w debacie, to świetnie" wypowiada się na jednym z portali internetowych publicysta pewnego dziennika opiniotwórczego (celowo nie podaję jego nazwiska, ani nazwy gazety, aby nie przyczynić się do rozpętania kolejnej medialnej awantury).

Na poziomie samców

"Szybciej, zabijcie to dziecko, póki czas. Zabijcie je, drodzy redaktorzy, zostało wszak tylko kilka, kilkanaście dni. Zabijcie je, na co czekacie" – grzmiał przed rokiem na swoim blogu zastępca redaktora naczelnego gazety, w której pracuje cytowany wyżej dziennikarz. Ten histeryczny apel adresowany był do konkurencyjnej gazety, która opisała dramat ciężarnej czternastolatki zgwałconej przez starszego od niej chłopaka. Lekarze odmówili dziewczynie prawa do przerwania ciąży. Dwie inne gazety twierdziły zaś, że nastolatka wcale nie została zgwałcona i bardzo chciała urodzić dziecko. Wkrótce pisma zaczęły prowadzić ze sobą hałaśliwą dyskusję światopoglądową, zapominając po drodze, co ją wywołało.

Przykładów innych "rzeczywistych, a nie udawanych debat" jest bez liku. Ciekawy przypadek opisuje "Press". "(…) o wdziękach redaktora X jestem wysokiego zdania, bo bywałem z nim w klubie fitnessowym i widziałem, jak wdzięcznie jedzie na stacjonarnym rowerku" – kpił sobie publicysta z ogólnopolskiej gazety. Poszło o to, że X uczynił aluzję wobec wątpliwej urody pewnej posłanki. Publicysta kąsał go dalej: "Godnego poziomu debaty X nauczył się, jak widać, od samców z Samoobrony".

Y i Z to bezkompromisowi, ostrzy jak brzytwa redaktorzy. Oto, jak ocenili kompetencje dziennikarza z telewizji publicznej zarabiającego krocie: "Nie ma żadnego powodu, żeby A, znany ze swoich kunktatorskich i wazeliniarskich komentarzy, mający ewidentną wadę wymowy, przez co stwarza wrażenie, jakby miał wiecznie kluchy w gębie, pobierał takie honorarium".

Utarczki ekspertów

Wicenaczelny jednego z dzienników po lekturze bloga wieloletniego publicysty tygodnika społeczno-politycznego stwierdził bez ogródek: "Panu może już chyba poradzić tylko psychiatra". Zdaje się, że to samo mieli na myśli dziennikarze tabloidu opisujący przypadek byłego posła, który utracił posadę publicysty. "Każdego ranka wyrusza ze swojego krakowskiego mieszkania do pobliskiego kiosku, by kupić gazetę (...) Wertuje pierwsze strony w poszukiwaniu swojego nazwiska. Niestety, już go tam nie ujrzy. To musi być dla ambitnego publicysty ogromny dramat".

W stacji radiowej o dość określonej wizji świata wyemitowano felieton dotyczący redaktora naczelnego dużej opiniotwórczej gazety. Kończył się słowami: "Niech ten pan mówi o innym patriotyzmie, nie polskim". Była to aluzja do żydowskiego pochodzenia szefa dziennika.

Utarczki dziennikarzy nie ustają nawet wtedy, gdy są zapraszani jako eksperci do innych mediów. W czasie jednego z telewizyjnych programów publicystycznych między dwojgiem redaktorów doszło do spięcia. Dziennikarka stwierdziła: "Dziś kupiłam w kiosku gazetę kolegi i nawet znalazłam w niej kilka prawdziwych informacji". Kolega nie pozostał dłużny: "W swojej gazecie nie znalazłaby pani ani jednej". Goście uspokoili się dopiero wtedy, gdy prowadząca zagroziła wyproszeniem ich ze studia.

Można by odnieść wrażenie, że dziennikarze, choć skłóceni, są przynajmniej bezwzględnie lojalni wobec mediów, w których pracują. Nic z tego. Zdarza się, że ci, którzy występowali dotąd jako sztandarowi obrońcy linii programowej swoich redakcji, bez większych skrupułów zmieniają opcję. Pewien dziennikarz po utracie pracy natychmiast pognał do konkurencji (rywalizacja między obu pismami była naprawdę zażarta). Zaproponował udzielenie wywiadu, na co dziennik oczywiście przystał. Obsmarował w nim swojego byłego szefa i dwóch kolegów, których nazwał "cynglami naczelnego". Był to ewidentny akt zemsty, być może też dziennikarz liczył na posadę, a wywiad miał być formą wkupienia się w łaski redakcji, którą wcześniej zawzięcie atakował.

Zachłyśnięci wolnością

Jak widać, w świecie mediów dość skwapliwie korzysta się z możliwości zniszczenia przeciwnika. Bardziej liczy się przy tym mocne uderzenie, niż rzeczowe argumenty.

"Styl takiej debaty nie mógłby pojawić się w Japonii, bo tamtejszy obyczaj wymaga szacunku dla przeciwnika, a działa on skuteczniej, niż prawo" – stwierdza w "Pressie" Jacek Wan, korespondent japońskiej telewizji. Według niego polskie media zachłysnęły się wolnością po upadku komunizmu, powielają też najgorsze wzory z zachodnich tabloidów. Leopoldo Buderacky, korespondent argentyńskiej gazety, jest z kolei zdania, że przykład daje władza. Jeśli elita rządząca i parlamentarzyści nie przebierają w słowach, to dziennikarze myślą, że też tak mogą. Thomas Urban odnosi się do konkretów: "Gdybym napisał, że kolega z konkurencyjnej gazety powinien pójść do psychiatry, popełniłbym zawodowe samobójstwo".

Konkurencja totalna

Byt tytułów prasowych, stacji telewizyjnych i radiowych (o ile nie są publiczne) zależy od zainwestowanego w nie kapitału. Warunkiem utrzymania się na rynku i osiągnięcia zysków finansowych jest zdobycie odpowiedniej liczby wiernych czytelników, telewidzów lub słuchaczy. Tak rodzi się konkurencja i... wojny między mediami. Klasycznym tego przykładem była w ostatnich latach rywalizacja dwóch dzienników opiniotwórczych.

Walkę między nimi określano czasem jako wojnę totalną. Składały się na nią działania w zakresie marketingu (ta sama cena, obfitość przeróżnych gadżetów, mnogość atrakcyjnych dodatków) ale także zajadłe spory światopoglądowe, polityczne, obyczajowe, a w przypadku niektórych dziennikarzy, najzupełniej osobiste.

Z podobną intensywnością konkurowały wcześniej dwa polskie tabloidy. Na podstawie podawanych przez nie wyników sprzedawalności czytelnicy mogli odnieść wrażenie, że obie gazety są... najlepsze. Wyglądało to na jakąś manipulację.

Czym dla prasy jest sprzedawalność, tym dla telewizji oglądalność. W tym wypadku także dochodzi czasem do przekłamań. Dziennikarz prowadzący serwis informacyjny w pewnej stacji telewizyjnej pochwalił się znaczącym wzrostem oglądalności. Dodał, że poprzedniego wieczoru pobity został kolejny rekord. Nie wspomniał jednak ani słowem, że właśnie wtedy w studio informacyjnym innej dużej stacji doszło do awarii, co uniemożliwiło jej emisję serwisu. Mogło to spowodować jednorazowe przejście widzów do konkurencji.

Szczekanie dla kasy

Spory, złośliwości, próby ośmieszenia, do których dochodzi w mediach są pewnie wyrazem różnic światopoglądowych między dziennikarzami. Ale nagłaśnianie ich ma jeszcze jeden cel: przyciągnięcie odbiorców, a co za tym idzie, umocnienie finansowej pozycji gazety, stacji radiowej lub telewizyjnej. W tym sensie, te różnej jakości debaty, mają spełniać podobną biznesową rolę, co gadżety, dodatki tematyczne, czy coraz to nowe reality albo talk shows.

Jednak o ile programy rozrywkowe, książki, płyty lub filmy na DVD rzeczywiście odbiorców przyciągają, to dziennikarskie waśnie wręcz przeciwnie. Większość zwykłych ludzi ich nie rozumie, są im one obojętne, albo po prostu irytują. Zdaje się jednak, że przedstawiciele mediów nie za bardzo się tym przejmują. Dostrzegają to niektórzy publicyści wypowiadający się na forach internetowych: "Nawet gazety, które niegdyś stawiały sobie wysokie wymogi etyczne, stały się po prostu szczekaczkami. (...) Wszystko to cofa nas, zamiast posuwać do przodu".

Jeden z internautów napisał niedawno: "Dzisiaj dziennikarze są bardziej podzieleni niż scaleni. Czy musi wymrzeć jakieś kolejne pokolenie, by stali się jedną twardą skorupą? Pewnie tak". Marna to perspektywa dla nas, odbiorców. Jedyne co pozostaje, to nie zwracać uwagi na medialną walkę, lecz skupiać się na tym, co najważniejsze: na rzetelnych informacjach. Mimo wszystko jeszcze ich nie brakuje.

Dariusz Szczepańczyk

filozof z wykształcenia, od 16 lat związany z mediami, dziennikarz  zarówno w prasie codziennej, jak i w tygodnikach (teksty kryminalno-sądowe, wywiady, reportaże społeczne, raporty o różnej tematyce) autor artykułów w miesięcznikach dotyczących branży dziennikarskiej, przez kilka lat felietonista radiowy, obecnie niezależny dziennikarz i animator współpracujący z Fundacją Nowe Media.

Zdjęcia:

1) urbanfeel. Udostępnione na licencji Creative Commons.

2) DRB62. Udostępnione na licencji Creative Commons.

3) Alex Barth. Udostępnione na licencji Creative Commons.